blog przewodnicki
wtorek, 28 maja 2013

Co mają wspólnego: graffiti z opuszczonej fabryki w Hannoverze, historia jednej z mokotowskich willi i jazzowe koncerty na Starówce? To wszystko odbędzie się w Warszawie w ramach Miesiąca Luksemburga, który przypada na czerwiec. WarsOff jest jednym z oficjalnych patronów medialnych tych wyjątkowych wydarzeń.

Miesiąc Luksemburga w Warszawie

Jak kojarzy się Wam Luksemburg? Z radiem, którego Polacy słuchali w czasach PRL? Jako jeden z najbogatszych krajów Europy? Skojarzenia te będzie można skonfrontować i rozszerzyć już w czerwcu.  A wszystko dlatego, że 23 czerwca to Święto Narodowe Wielkiego Księstwa Luksemburga – dzień obchodów urodzin Wielkiego Księcia.

Imprezy kulturalne przygotowane przez Ambasadę Luksemburga to wystawy, spotkania varsavianistyczne oraz koncerty jazzowe. O wszystkich wydarzeniach będziemy informować na bieżąco. Informacje znajdziecie również na stronie ambasady: http://varsovie.mae.lu/en

Wystawa „Lost in Time” w Soho Factory

Na początek zapraszamy do Soho Factory (ul. Mińska 25) na wystawę „Lost in Time” fotografika Marca Theis’a. Wystawa otwiera Miesiąc Luksemburga w Polsce. Fotografie będzie można obejrzeć od  07. 06-16. 06 w hali nr 63 w godz. 13:00-20:00. Następnie wystawa powędruje do kawiarni Sztuki i Sztuczki przy ul. Szpitalnej 8 A.

Wernisaż w czwartek 6.06 – a na wernisażu wyjątkowe fotografie i luksemburskie wino przy setach DJ’a Hiroszyma. Aby wziąć udział w wernisażu należy potwierdzić swoje przybycie mailowo: Confirmation.Warsaw@mae.etat.lu lub telefonicznie: 22 507 86 54.

A tu krótkie info o tym, co zobaczymy na wystawie: „Anonimowi artyści graffiti zmienili opuszczoną fabrykę w Hanowerze w swój plac zabaw i tchnęli w ruinę nowe życie. Ich twórczość to swoisty dialog różnych epok. Fotografie Marca Theis odmalowują groteskowo-poetycki, efemerydalny stan, którego dziś już nie ma. Wszystkie hale fabryki opon zostały rozebrane. Urodzony w Luksemburgu Marc Theis (1953), żyje i tworzy w Hanowerze. Jest zdobywcą prestiżowych nagród fotograficznych, w tym złotego medalu Nikon Contest.”

Miesiąc Luksemburga w Warszawie odbywa się pod patronem m.in. TVP Kultura.

Do zobaczenia!

sobota, 11 maja 2013

– mówi Anka Dobrak, założycielka ArtKiosku, nowego miejsca promującego sztukę niezależną na warszawskim Powiślu.

Czy możesz się krótko przedstawić?

Anka Dobrak: Jestem współzałożycielem Pracowni Wschodniej, twórcą marki ArtKiosk i szarą eminencją działań związanych z rozwojem sitodruku w Warszawie. Sieję zamęt, promuję i sprzedaję sztukę młodych twórców, która do tej pory była w zasadzie niedostępna na polskim rynku sztuki. Ale to tylko 1/3 moich zainteresowań.

Wiem, że Berlin i tamtejszy festiwal grafiki były dla Was/Ciebie bezpośrednią inspiracją?

A.D.: Zostaliśmy zaproszeni do udziału w Internetionele Drucken Festival organizownym przez grupę Czentrifuge, która miała wtedy dużą pracownię na Kreuzbergu.  W ramach festiwalu odbyła się wystawa prac Kaliny Możdżyńskiej, Łukasza Zembatego i Michała Żabko-Potopowicza. Artyści wzięli udział w zbiorowym wydawnictwie powstającym w trakcie festiwalu "Take Care of The Next Generation" wykonanym w technice sitodruku. (można go zobaczyć w ArtKiosku.)

Wtedy Błażej Worsztynowicz zrobił swój pierwszy sitodruk, a wszyscy zobaczyliśmy że pracownię graficzną można zrobić samemu przy użyciu kilku desek i halogenów z Obi. Wróciliśmy do Warszawy i przy wspomożeniu się youtube w Pracowni Wschodniej zaczęła powstawać Pracownia Sitodruku SITO.    

Sitodruk stał się teraz bardzo popularny, mamy wiele pracowni sita w Warszawie. Jak to wygląda na tle Berlina, czy tam również jest to bardzo mocna dziedzina sztuki?

A.D.: Tak rzeczywiście obserwujemy, że sitodruk staje się coraz bardziej popularny. Wynika, to w dużej mierze z możliwości, jakie ta technika daje artystom. Z jej dostępności. Przetarty szlak przez sitodruk przemysłowy daje zaplecze materiałów, a także wtórny obieg wyposażenia pracowni, które dzięki temu można powoływać do życia tanim kosztem. To także technika narodzona przez miasto, dlatego tak świetnie się tu przyjmuje.

A Berlin?  To naprawdę duże miasto. Bardzo możliwe, że jest tam nawet sto razy więcej sitodruków niż w Warszawie. Sztuka offowa jest dużo bardzie wrośnięta w tradycję. Street art współtworzy kulturę miejską Berlina, w Warszawie dopiero nieśmiało wychyla głowę. Warszawski sitodruk wyrasta bardziej z tradycji akademickiej, a może raczej wbrew niej, bo jak wiadomo Warszawska Akademia do niedawna w ogóle nie miała pracowni sitodruku. A twórcy Pracowni Sito studiowali sitodruk pod okiem profesora Cywickiego w belgijskiej świątyni grafiki w Kasterle i są absolwentami Europejskiej Akademii Sztuk. Młodzi graficy kończący uczelnie tracą dostęp do pracowni, a tym samym nie mają przestrzeni do dalszego tworzenia. Mimo, że mieliśmy przestrzeń Pracowni Wschodniej, nie byliśmy w stanie unieść kosztów zorganizowania pracowni litograficznej, czy metalu. Wyjazd do Berlina otworzył nam oczy na możliwości, jakie niesie za sobą sitodruk. Realizacja podstawowej potrzeby tworzenia była najsilniejszym bodźcem do zbudowania pracowni. A współpracę z berlińczykami świetnie ułatwia internet, gotowe rzeczy wysyłamy sobie  kurierem, czasem ktoś coś przewiezie polskimbusem albo po prostu pakujemy samochód do pełna, by maksymalnie obniżyć koszty, mieszkamy w prywatnych domach . A jak się spotykamy staramy się nadrobić wszystko wspólną pracę, uczeniem od innych, a także tańcami po świt.

Pracownia Wschodnia od lat działa na Pradze, nie chciałaś, aby ArtKiosk również w tej „artystycznej dzielnicy" znalazł swoje miejsce?

A.D.: Znalazł miejsce w artystycznej dzielnicy Powiśle J uwielbiam Pragę i tam żyję, ale dla większości warszawiaków jest to "drugi brzeg Wisły". Są rzeczy, po które trzeba udać się przez Styks, ale ideą ArtKiosku jest udostępnianie sztuki. Wiadomo było, że jeśli ArtKiosk wyjdzie poza net, to będziemy szukali miejsca łatwo dostępnego dla odbiorców. Nie sądziłam tylko, że stanie się to tak szybko i tak dobrze J

Czym będzie ArtKiosk?

AtrKiosk, to przede wszystkim "kiosk ze sztuką", kupno - sprzedaż. Udostępnianie sztuki młodych artystów. Ale zaraz za tym idzie przyciąganie i poszukiwanie. Nieograniczone możliwość, inicjowanie działań, organizacja wystaw, spotkania, rozmowy i znowu działania.

Organizujecie Festiwal Sito, czego możemy spodziewać się w tym roku?

A.D.: Na pewno powtórzymy zeszłoroczne hity: sitorajd, live printing, warsztaty. Na pewno wystawy, już zgłoszono  5 wystaw, a jeszcze nie rozpoczęliśmy żadnego naboru! Powstanie zapewne jakieś wydawnictwo lub inny twór wspólny dający możliwość współpracy artystom uczestniczącym w festiwalu. Co nowego? Na pewno większy zasięg, nowe miejsca, nowe pracownie, także zagraniczne.

Chcielibyśmy stworzyć jakiś rodzaj sitodrukowej mapy polski, jednym z najmilszych efektów zeszłorocznego festiwalu jest to, że wielu artystów w ogóle dowiedziało się o tym, że istnieją pracownie sitodruku. Chcemy pokazać, gdzie można tworzyć i w jakim zakresie. Dopiero rozpoczynamy prace nad szczegółowym programem, który w necie pojawi się bliżej lata J

 Ale znamy już termin 24 sierpnia - 8 września. Zapraszamy. 

Więcej o sitodruku warszawskim i berlińskim przeczytacie na zaprzyjaźnionym blogu: http://518km.wordpress.com/2013/04/22/berlin-sila-sitodrucku-czentrifuga-niewinny-sitodruk-to-bomba-nabierajaca-we-wlasciwych-rekach-transgresywnego-artystycznego-impetu/

środa, 08 maja 2013

Dzisiaj bierzemy na warsztat „Cwaniary” Sylwii Chutnik i „Stadion. Diabelskie Igrzyska” Ify Nwamana. Zapraszam na uliczne akcje w zaskakującym, damskim wykonaniu i tajemnice szemranych interesów w miejscu dzisiejszej narodowej chluby.

Może niektórzy wierni czytelnicy bloga WarsOff pamiętają, że zimą rozpoczęliśmy cykl wirtualnych wycieczek śladem literatury po Pradze. Nadeszła wiosna, pora na spacery praktyczne i trzecią część literackiej podróży po Pradze. Tym bardziej, że w najbliższy weekend zapowiada się wyjątkowe miejskie wydarzenie zbliżone do naszej idei literackiej włóczęgi - Warszawa Czyta - http://warszawaczyta.org/ inspirowane bezpośrednio jedną z książek, o których poniżej.

Panowie, śpieszymy się na poród

Mowa o „Cwaniarach”, Sylwii Chutnik (Świat Książki, 2012). Pamiętam, że gdy książka kiełkowała, czy może lepiej byłoby napisać, była publikowana w częściach na blogu pisarki, wówczas tytułowe cwaniary, były dziewczynami z Pragi. Jako, że w działalności przewodnickiej jesteśmy mocno ukierunkowani na prawy brzeg Wisły żal trochę, że dziewczyny w wersji książkowej stały się mieszkankami Mokotowa. Ale na osłodę jest jeden fragment, bardzo konkretnej akcji, która dzieje się w obrębie ulic Inżynierskiej, Stalowej i Czynszowej, czyli osławionym trójkącie bermudzki.

Drugi przyczynek to fakt, że przewodniczka WarsOff jak i Halina, jedna z „cwaniar” są w tym samym zaawansowanym stanie, zwanym błogosławionym. Dlatego też zaczniemy od tego, co Halina robiła na Pradze. Nie będzie to bynajmniej miły spacer po dziecięce śpioszki, ale rozegra się akcja krwawej ulicznej bijatyki, której główne sprawczynie to Halina Żyleta, będąca w 8 miesiącu ciąży („zbiera narzędzia zbrodni tak, jak kobiety zbierają biżuterię”) oraz jej koleżanka Celina. Oto miłe okoliczności spotkania dwóch dam:

„Wysiadła przy Inżynierskiej i niemal biegiem rzuciła się do sklepu.

- Ćwiarteczkę, kierowniczko! – wysapała.

- Ale, co też pani, w ciąży matce to ja nie podam, co pani zgłupła?

- Nie, nie to dla chorej babci, bo jej się noga paprze po żylakach i to trzeba spirytusem nasmarować dwa razy dziennie, bo inaczej opuchlizna i świerzb. Tak że to tak tylko, nie dla mnie, absolutnie.

I już, niemal na schodach, z buteleczki chlup do ust!

Naraz krew zaczęła inaczej krążyć, inaczej myśli się uczesały, a wzrok taki sokoli, jakby lepszy.

Sprzedawczyni wychyliła się zza lady i smutno spojrzała w stronę dziewczyny. Pokiwała głową z przyganą. Cywilizacja śmierci, zagłada. To już nas, Polaków koniec. (…)

Na Stalowej, niedaleko baru, stała Celina i nerwowo paliła papierosa. Była już po pierwszej robocie, ale towar zostawiła w zaprzyjaźnionym klubie. (…)”

Tutaj następuje opis porannej „roboty” czyli pewnej specyficznej pasji cwaniar, której może póki co nie będziemy wyjawiać. Tymczasem akcja na „Nowej Pradze” rozwija się szybko, bo dziewczyny zaraz zobaczyły swoje „cele”: „Nie było możliwości i sprzyjających warunków do kontynuowania tak mile zaczętej pogawędki, bo zza rogu wyszło dwóch napompowanych facetów o twarzach rzeźbionych tępotą. (…)

- Pierwsza zagrodziła im drogę Celina.

- Panowie, oj, my tu z koleżanką potrzebujemy pilnej pomocy, gdyż zepsuł nam się samochód, a spieszymy się na poród. Panowie by zerknęli pod maskę, bo coś tam się dymi, a my nie wieeemy. (…)

Ledwo skręcili w Czynszową posypały się pierwsze ciosy. Celina krzyknęła tylko: „Bierz tego z długimi”, a sama zaczęła tłuc łysego. Bach, bach, po twarzy, po brzuchu i w podbrzusze. (…)

Ten pierwszy facet leży już na ziemi, z ust ciurka krew. Stara się poderwać, ale co chwilę dostaje nowe kopniaki. Tymczasem Halina walczy metalową pałką – na indywidualne ciosy nie mogłaby sobie pozwolić ponieważ przeszkadzałby jej ogromny brzuch.

I tak leniwie kończył się wieczór, przechodnie cofali się do bram, a wybite zęby pokrywały chodnik.”

Nie pytajcie nas o motywy i dalszy przebieg losów bohaterek. To tylko jeden z kilku epizodów,  a po wszystkie odpowiedzi odsyłamy na kartki tej opowieści o „nocnej Warszawie,  śmierci i idealnie skrojonej zemście.”

Więcej o cwaniarach podczas kilkudniowej imprezy „Warszawa Czyta”, w ramach której odbędą się dwie wycieczki szlakiem „Cwaniar” po Mokotowie  - piesza i rowerowa.

Gdzie są podróbki z tamtych lat?

Następna i ostatnia pozycja w naszej wycieczce po literackiej Pradze wydana została w 2009 roku i może być dziś podróżą sentymentalną w bardzo egzotyczne miejsce.

Kiedyś było to „najwspanialsze miejsce w Polsce do robienia interesów”, dziś jest nowym symbolem stolicy, jedną z najdroższych warszawskich inwestycji, chlubą narodową. Stadion Narodowy w swoim poprzednim wcieleniu Jarmarku Europa został sportretowany od środka w kontrowersyjnej powieści Ify Nwamana „Stadion. Diableskie Igrzyska.” Kontrowersyjnej, bo od środka pokazującej nie tylko stadionowe interesy czarnoskórych przedsiębiorców, ale również ich codzienne życie w Polsce, w tym relacje damsko – męskie. Za bezwzględną szczerość autor zebrał niezłe gromy od afrykańskiej społeczności Warszawy. Np. Nigeryjczycy  są tu ekspertami od szczególnego rodzaju przekrętów. Autor dodaje jeszcze pikanterii twierdząc: „Wszystkie historie, które opisałem, przydarzyły się naprawdę, ale niekoniecznie mnie.”

Pierwszy rozdział zaczyna się opisem totalnego chaosu, paniki i zgrozy jaka towarzyszyła kupcom, gdy na stadion wpadały „maski.” Mężczyźni w kamizelkach kuloodpornych, czyli funkcjonariusze Urzędu Celnego, szukający markowych podróbek, pirackich programów komputerowych, papierosów i wódki bez akcyzy. Na dalszych kartach główny bohater Mike opisuje swoją drogę z maleńkiej wioski Ebenato w Nigerii przez ośrodek dla uchodźców na Siekierkach do „finansowego raju”, czyli pracy na Stadionie.

Może niektórzy z Was pamiętają jeszcze dobrze, że większość Arykańczyków pracujących na stadionie specjalizowała się właśnie w podróbkach znanych marek, w tym obuwniczych. Charakterystyczne bardzo było zachowanie czarnoskórych chłopaków wobec młodych klientek – pamiętam, że moje koleżanki dzieliły się na te, które nie cierpiały ich nachalnego podrywu, po te, którym całkiem to schlebiało. Rozwinięcie tematu znajdziecie w książce Nwamana. Tymczasem pora na fragment opowieści z życia stadionowego kupca:

„Policjant Irek przechodził koło stolika Mike’a kilka razy. Za każdym razem zatrzymywał się na chwilkę, żeby popatrzeć na konkretną parę butów. Tym razem było inaczej.

- Masz numer 44? – zapytał Mike’a, podnosząc z podziwem czerwone puma ferrari. Niestety, był to właśnie ten rozmiar. W przeciwnym wypadku Mike powiedziałby, że nie ma odpowiedniego numeru. Nikt nie chciał handlować z policją.

- Tak – powiedział Mike niechętnie.

- Ile kosztują?

- Ale pan już wiesz – odparł Mike i policjant się zaśmiał.

- Okej, zapakuj je i przechowaj dla mnie.

- Dobra – Mike nie był przesadnie szczęśliwy, jednak zapakował buty i schował je do swojej torby. Irek przyjdzie pod koniec zmiany, żeby je odebrać i zapłacić. Policjanci mieli świra na punkcie butów Puma Ferrari, ale nigdy nie dawali za nie dobrej ceny. Sprzedawcy woleli więc unikać takich transakcji.”

Mike opowiada również o dochodach, jakie osiągał on i jego koledzy kupcy oraz o tym, jak powstawały identyczne z oryginałem buty i ciuchy. Pisze, że chociaż większość klientów spoglądała na stadionowych sprzedawców podróbek z litością, to osiągali oni „nieprawdopodobne zyski”. Do tego nieopodatkowane.

 

 

 A skąd brał się towar?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nagle, nie wiadomo skąd, jakiś Ormianin sprowadził fałszywe nalepki: Nike, Reebok, Adidas, Puma. Kupił kilka par butów od Wietnamczyka i obklejone postawił na stoliku. Buty zniknęły od razu. Polscy klienci wyczyścili wszystko. Ormianin uruchomił seryjną produkcję fałszywych naklejek i sprzedawał je afrykańskim i hinduskim handlarzom. Nagle na stadionie pojawiły się ekskluzywne i drogie buty Nike i Adidas kosztujące ułamek ceny obowiązującej w sklepach w Centrum. Polscy klienci oszaleli. (…)

Po kilku tygodniach pojawiły się nowe metki. Tym razem z materiału przeznaczone na ubrania. Jeśli nawet nieliczni klienci nie byli pewni autentyczności nylonowych naklejek, które przyprasowywało się do butów żelazkiem, to nowe metki ubraniowe rozwiały ich wątpliwości. Znaki firmowe były uderzająco podobne do oryginalnych. (…)

Nalepki nie były tanie – złotówka za parę. Wietnamskie buty można było kupić średnio po 20 zł. Ale kiedy buty przeszły transformację i stawały się Nikami lub Adidasami, afrykańscy handlarze sprzedawali je średnio po 90 zł. Dla polskiego nabywcy to było nic w porównaniu z 300 zł, które musiałby zapłacić za podobne buty w sklepie. (…)

Dopiero po dłuższym czasie Polacy się zorientowali, że kupują podróbki. Nazwali je „klejone”. Sprzedaż spadła. Ale wtedy pojawili się Rosjanie i Turcy, szybko wypełniając lukę. „Oryginalne” buty i ubrania przemycali do Polski z Rosji. Markowe dżinsy, takie jak Hugo Boss, Wrangler, Levi’s, Armani napływały z odległej Turcji. Te buty i ubrania były  idealną kopią produktów sprzedawanych w sklepach. Różnica polegała na tym, że rosyjskie i tureckie „oryginały” wykonywano z tańszych i gorszych materiałów. Ale Polscy klienci nie troszczyli się o to. Rzucali się na towar jak sępy na padlinę. Popyt odżył, a sprzedaż znowu poszybowała w górę.”

To wszystko już kwestia przeszłości, jednak faktem jest, że to dzięki stadionowi mamy w Warszawie znów namiastkę wielokulturowości, zaczynając od społeczności wietnamskiej, po niemal 2 – 3 tysięczną społeczność afrykańską.

Na stadionie kończymy nasz spacer, choć na pewno można jeszcze z niejedną książką pójść dalej, chociażby na Saską Kępę.

Praski trend w literaturze rozwija się całkiem prężnie i jestem przekonana, że doczekamy jeszcze kilku ciekawych fabuł osadzonych w naszej ulubionej dzielnicy. Jedna, całkiem intrygująca, pojawia się w zapowiedziach literatury dziecięcej.

Otóż na Pradze akcję swojej najnowszej, powstającej jeszcze powieści umieścił Grzegorz Kasdepke, autor bestsellerowych powieści dla dzieci. „Banda trupków i sandały Hermesa” ma być książką o chłopcu, który pomaga swojemu niezbyt zamożnemu ojcu prowadzić ciucholand na warszawskiej Pradze.

Czekamy i czytamy!

Polecamy również poprzedni części literackiej podróży po Pradze:

http://warsoff.blox.pl/2013/03/Literacka-podroz-po-Pradze-cz-1.html

http://warsoff.blox.pl/2013/03/Literacka-podroz-pod-Pradze-cz2.html