blog przewodnicki

Art Talk

wtorek, 21 października 2014

Płytę „Przyznaj się” bandu o nazwie Warszawskie Combo Taneczne dostałam w prezencie. Nie wiedziałam, co za czort. Włączyłam i pomyślałam: o esu retro pełną gębą, niechybna to oznaka, że człowiek się starzeje, skoro takiej muzyki słucha…

Pierwsze przesłuchanie połowy płyty nastroiło mnie więc lekko melancholijnie, aż tu nagle niespodziewanie usłyszałam  Serce w Plecaku i nastrój się piramidalnie zmienił… To był przełom. Dlaczego ja tę piosenkę w ogóle znam na pamięć?!? Nevermind - w tym skocznym wykonaniu z lekkim poczuciem obciachu, zaczęłam śpiewać ją na całe gardło (na szczęście jedna sąsiadka niedosłyszy, a druga w kościele ) I tak mi już zostało.

Śpiewam, ach te Rumunki, Rodzinkę i Siekiera Motyka, która jest ulubioną piosenką szkolną mojej córki, lat niespełna 9. Pewnie ona za jakiś czas będzie się zastanawiała, skąd zna te melodie…


Urzekający warśaski wokal to jedno, te tylne ł, te gardłowe dźwięki, te przeciągnięcia i burdel tatą podszyte sylabizowanie… Ale dźwięki piły – za nie mogłabym dać się pokroić - zwłaszcza w kawałkach podszytych tangiem, wolniejszych i nostalgicznych.

„Nikt nas nie pragnie, nie ma już dokąd wracać…” czy to nie jednej z lepszych tekstów piosenek do zaśpiewania po 3 lampce wina? Dla mnie szlagier na miano… „To były piękne dni”.


Nie będę pisać, że warszawski sznyt, warszawski folklor w autentycznym wydaniu, bo pewnie napisali to inni. Mnie to po prostu przekonuje, naturalność wykonania, maniera uzasadniona, wreszcie współczesne odczytanie piosenek warszawskich spelunek, bud i dansingów blisko oryginału, a jednak równie bliskie nam.


A i jeszcze – wielki plus za okładkę! Koty i tatuaże w takim zestawieniu to już tylko przywodzą na myśl Die Antwoord… I ja mam na Grochowie kilku ziomali, a przepraszam panów ziomali (może już nawet za darmo jeżdżą tramwajem) z rozmazaną jasno niebieską syrenką na przedramieniu…


A w najbliższą niedzielę 26 X 2014 o godz. 17 stej Warszawskie Combo Taneczne zagra na otwarciu Muzeum Pragi. I jak tu nie przytupnąć nóżką z uciechy?

A płytę „Przyznaj się” polecam przyjezdnym jako jedną z propozycji bardzo udanego alternatywnego souveniru z Warszawy.


sobota, 11 maja 2013

– mówi Anka Dobrak, założycielka ArtKiosku, nowego miejsca promującego sztukę niezależną na warszawskim Powiślu.

Czy możesz się krótko przedstawić?

Anka Dobrak: Jestem współzałożycielem Pracowni Wschodniej, twórcą marki ArtKiosk i szarą eminencją działań związanych z rozwojem sitodruku w Warszawie. Sieję zamęt, promuję i sprzedaję sztukę młodych twórców, która do tej pory była w zasadzie niedostępna na polskim rynku sztuki. Ale to tylko 1/3 moich zainteresowań.

Wiem, że Berlin i tamtejszy festiwal grafiki były dla Was/Ciebie bezpośrednią inspiracją?

A.D.: Zostaliśmy zaproszeni do udziału w Internetionele Drucken Festival organizownym przez grupę Czentrifuge, która miała wtedy dużą pracownię na Kreuzbergu.  W ramach festiwalu odbyła się wystawa prac Kaliny Możdżyńskiej, Łukasza Zembatego i Michała Żabko-Potopowicza. Artyści wzięli udział w zbiorowym wydawnictwie powstającym w trakcie festiwalu "Take Care of The Next Generation" wykonanym w technice sitodruku. (można go zobaczyć w ArtKiosku.)

Wtedy Błażej Worsztynowicz zrobił swój pierwszy sitodruk, a wszyscy zobaczyliśmy że pracownię graficzną można zrobić samemu przy użyciu kilku desek i halogenów z Obi. Wróciliśmy do Warszawy i przy wspomożeniu się youtube w Pracowni Wschodniej zaczęła powstawać Pracownia Sitodruku SITO.    

Sitodruk stał się teraz bardzo popularny, mamy wiele pracowni sita w Warszawie. Jak to wygląda na tle Berlina, czy tam również jest to bardzo mocna dziedzina sztuki?

A.D.: Tak rzeczywiście obserwujemy, że sitodruk staje się coraz bardziej popularny. Wynika, to w dużej mierze z możliwości, jakie ta technika daje artystom. Z jej dostępności. Przetarty szlak przez sitodruk przemysłowy daje zaplecze materiałów, a także wtórny obieg wyposażenia pracowni, które dzięki temu można powoływać do życia tanim kosztem. To także technika narodzona przez miasto, dlatego tak świetnie się tu przyjmuje.

A Berlin?  To naprawdę duże miasto. Bardzo możliwe, że jest tam nawet sto razy więcej sitodruków niż w Warszawie. Sztuka offowa jest dużo bardzie wrośnięta w tradycję. Street art współtworzy kulturę miejską Berlina, w Warszawie dopiero nieśmiało wychyla głowę. Warszawski sitodruk wyrasta bardziej z tradycji akademickiej, a może raczej wbrew niej, bo jak wiadomo Warszawska Akademia do niedawna w ogóle nie miała pracowni sitodruku. A twórcy Pracowni Sito studiowali sitodruk pod okiem profesora Cywickiego w belgijskiej świątyni grafiki w Kasterle i są absolwentami Europejskiej Akademii Sztuk. Młodzi graficy kończący uczelnie tracą dostęp do pracowni, a tym samym nie mają przestrzeni do dalszego tworzenia. Mimo, że mieliśmy przestrzeń Pracowni Wschodniej, nie byliśmy w stanie unieść kosztów zorganizowania pracowni litograficznej, czy metalu. Wyjazd do Berlina otworzył nam oczy na możliwości, jakie niesie za sobą sitodruk. Realizacja podstawowej potrzeby tworzenia była najsilniejszym bodźcem do zbudowania pracowni. A współpracę z berlińczykami świetnie ułatwia internet, gotowe rzeczy wysyłamy sobie  kurierem, czasem ktoś coś przewiezie polskimbusem albo po prostu pakujemy samochód do pełna, by maksymalnie obniżyć koszty, mieszkamy w prywatnych domach . A jak się spotykamy staramy się nadrobić wszystko wspólną pracę, uczeniem od innych, a także tańcami po świt.

Pracownia Wschodnia od lat działa na Pradze, nie chciałaś, aby ArtKiosk również w tej „artystycznej dzielnicy" znalazł swoje miejsce?

A.D.: Znalazł miejsce w artystycznej dzielnicy Powiśle J uwielbiam Pragę i tam żyję, ale dla większości warszawiaków jest to "drugi brzeg Wisły". Są rzeczy, po które trzeba udać się przez Styks, ale ideą ArtKiosku jest udostępnianie sztuki. Wiadomo było, że jeśli ArtKiosk wyjdzie poza net, to będziemy szukali miejsca łatwo dostępnego dla odbiorców. Nie sądziłam tylko, że stanie się to tak szybko i tak dobrze J

Czym będzie ArtKiosk?

AtrKiosk, to przede wszystkim "kiosk ze sztuką", kupno - sprzedaż. Udostępnianie sztuki młodych artystów. Ale zaraz za tym idzie przyciąganie i poszukiwanie. Nieograniczone możliwość, inicjowanie działań, organizacja wystaw, spotkania, rozmowy i znowu działania.

Organizujecie Festiwal Sito, czego możemy spodziewać się w tym roku?

A.D.: Na pewno powtórzymy zeszłoroczne hity: sitorajd, live printing, warsztaty. Na pewno wystawy, już zgłoszono  5 wystaw, a jeszcze nie rozpoczęliśmy żadnego naboru! Powstanie zapewne jakieś wydawnictwo lub inny twór wspólny dający możliwość współpracy artystom uczestniczącym w festiwalu. Co nowego? Na pewno większy zasięg, nowe miejsca, nowe pracownie, także zagraniczne.

Chcielibyśmy stworzyć jakiś rodzaj sitodrukowej mapy polski, jednym z najmilszych efektów zeszłorocznego festiwalu jest to, że wielu artystów w ogóle dowiedziało się o tym, że istnieją pracownie sitodruku. Chcemy pokazać, gdzie można tworzyć i w jakim zakresie. Dopiero rozpoczynamy prace nad szczegółowym programem, który w necie pojawi się bliżej lata J

 Ale znamy już termin 24 sierpnia - 8 września. Zapraszamy. 

Więcej o sitodruku warszawskim i berlińskim przeczytacie na zaprzyjaźnionym blogu: http://518km.wordpress.com/2013/04/22/berlin-sila-sitodrucku-czentrifuga-niewinny-sitodruk-to-bomba-nabierajaca-we-wlasciwych-rekach-transgresywnego-artystycznego-impetu/

wtorek, 21 lutego 2012
- wywiad z malarką Joanną Świerczyńską, prowadzącą pracownię przy ul. Ząbkowskiej.
poniedziałek, 05 grudnia 2011

Rozmowa z Markiem Sułkiem, artystą rzeźbiarzem, mieszkającym od kilku lat na Pradze, członkiem Stowarzyszenia Pracowni Twórczych Lubelska 30/32, gdzie ma swoją pracownię.

„Matecznik anielski” na ulicy Ząbkowskiej powstał w ramach Miasta Aniołów. Co to za projekt?

Marek Sułek: Dwa lata temu wpadliśmy na pomysł, by w różnych miejscach na Pradze, miejscach ciekawych, ale niekoniecznie cieszących się popularnością, montować takie śmieszne rzeźby aniołków praskich. Miała powstać trasa anielską, aby ludzie szukając aniołków odkrywali nowe miejsce na Pradze. Zaczęliśmy od krzaków na Ząbkowskiej, tutaj usiadła cała drużyna, rodzinka, której losy różnie się potoczyły.  Rodzinka ta powraca właśnie po odzysku i odnowieniu. Aniołki zostały wyłamane z drewnianego podestu, jeden został skradziony. Jednak parę dni później został podrzucony pod podest.  

Jakie inne punkty mogłyby się znaleźć na trasie anielskiej i dlaczego pierwsza była Ząbkowska?

Stwierdziliśmy, że to będzie dobry punkt startowy, gdyż jest uczęszczany, otwieraliśmy rzeźbę na Noc Pragi. Inne aniołki miały stanąć na podwórzach, w zaułkach, na rozwalonych murach, na ulicach Inżynierskiej, Małej, Wileńskiej, Brzeskiej, Targowej, takie raczej zaniedbane miejsca.

Chciałbym, żeby ta idea znowu powróciła, żeby się zaczęła rozrastać.  Jednak na pewno nie będzie to możliwe, tak jak planowaliśmy, że będzie ich kilkanaście. Raczej pojedyncze będą się pojawiać. Powody to trudności techniczne i formalne.  Żeby postawić aniołka trzeba mieć z pięć pozwoleń od różnych urzędów, a to jest bardzo trudne do uzyskania.

Co robią aniołki na Pradze?

To nawiązanie do kapliczek, Matka Boska pilnuje mieszkańców w kamienicach, tak samo aniołek byłby takim swojskim stróżem, a trochę atrakcją. W niektórych miejscach w Polsce funkcjonuje nadal kult anioła stróża, to trochę nawiązanie do tej przedwojennej tradycji.

Taki brzydki aniołek już wcześniej funkcjonował u mnie. Wykonywałem go na różne okazje typu urodziny w rodzinie i dla znajomych. To była taka moja specjalność. Od kilku lat mieszkam na Pradze w związku z tym stwierdziłem, że on bardzo dobrze pasuje do Pragi. Że to fajna rzecz, gadżet, który można tu wypromować. Praga jest fajna jako całość, ale nie ma wielu symboli, nie ma punktów bardzo charakterystycznych. Chodziło więc o to, żeby powstało coś, co by się wiązało z Pragą, niekoniecznie poważnego, tylko z przymrużeniem oka. Cześć ludzi lubi te aniołki, a część nie. Jak chciałem je postawić, to była wielka kłótnia w urzędzie, projekt z trudem przeszedł. Chodziło o budżet, a to były naprawdę nieduże pieniądze.

Podobno były upiększane?

Musiały być troszeczkę bardziej pogodne. Niektóre z moich aniołków wyglądały jak po nieprzespanej nocy. A te też mają swojską urodę. Nie zamontowałem im takich pojedynczych ząbków, które występowały we wcześniejszych wersjach dla znajomych.

Pół roku temu aniołki zaczęły znikać, matecznik z mamą anielicą opuszczoną przez dzieci wyglądał bardzo smutno. Co się stało?

Aniołki bardzo długo stały nienaruszone. W pewnym momencie zniknął jeden, później został wyłamany następny, potem trzeciemu ktoś złamał nóżki, a mama została oblana farbą. To musiało być jakieś działanie zorganizowane, może koledzy się umówili, nie mam pojęcia. Spodziewałem, się, że będą takie różne sytuacje, to się zawsze zdarza. Myślę, że jak teraz postawimy je z powrotem, to będzie lepiej. Ludzie się do nich przyzwyczaili. Nawet niektórzy ich pilnują. Gdy okręcałem jednego z nich do renowacji to sąsiedzi wezwali policję, że ktoś aniołka chce ukraść. Wyszli z okolicznych knajp i sklepów, żeby go obronić, musiałem udowadniać, że jestem autorem rzeźb.

Podest na którym staną aniołki, będzie mocniejszy i trochę niższy. Docelowo zbudujemy ławkę i będzie można się do nich przysiąść. Ten podest, który był do tej pory, był wykonany do celów ekspozycyjnych, jako budowla jednorazowa na Noc Pragi.  Po czym został na lata i już się rozlatuje. Nie trudno więc takiego aniołka było wyrwać z deski, która się rozlatuje. Dużego trudno wyrwać, bo to 150 kilogramów, siedem osób przenosiło go z samochodu. Aniołki wykonane są ze sztucznego kamienia, stworzonego poprzez mieszanie żywicy epoksydowej z piaskiem, krzemem. Nawet łomem nie da się tego rozwalić.  Delikatnym miejscem są nóżki małych aniołków i dały się  wyłamać.

Kto pomaga w renowacji Matecznika?

CH Wileńska zainteresowało się aniołkami.  Wspiera odnowienie aniołków, a w zamian jeden zostanie przygotowany specjalnie dla nich. To działanie barterowe, a nie komercyjne. Następny aniołek pojawi się na terenie Centrum Wileńska, gdzie dokładnie pokażą to najbliższe tygodnie.

Na Pradze mamy obecnie wielu developerów, którzy mogą podchwycić temat aniołków, aby nadać „praski klimat” swoim inwestycjom. A może zechcą zrobić to osoby prowadzące galerie, kawiarnie czy kluby. Czy można zamówić sobie anioła?

Jest to możliwe. Idea była taka, że pieniądze na kolejne aniołki będą pozyskiwane od sponsorów. Firma albo osoba prywatna może adoptować aniołka, wtedy umieszczamy mały napis o fundatorze i stawiamy anioła w publicznym miejscu, może być obok danej stawiany obok firmy czy biura. Aniołek jest wyceniony na 3 tysiące złotych, to koszt nie komercyjny, policzyliśmy koszty techniczne wytworzenia i zamontowania, bez podestu. Jest to cena uzgodniona z miastem, na aniołki dostępne w miejscach publicznych. Chciałbym pociągnąć ten temat.

Marek Sułek Ur. 16.08.1963r. w Tarnowie.

Absolwent ASP w Warszawie (prac. prof. Tarasina i prof. Winiarskiego) i Rietveld Academie w Amsterdamie (dyplom 1992r). Wykłada w Europejskiej Akademii Fotografii w Warszawie.

Artysta zajmuje się działaniami w przestrzeni publicznej, realizuje projekty rzeźbiarskie, malarskie i fotograficzne. Jest autorem szeregu artystycznych przedsięwzięć m.in. Stref Odrealnionej Rzeczywistości, serii Błękitnych i Różowych Drzew, Rzeźb Jednorazowego Użytku.

W swoich działaniach łączy aspekty natury z elementami techniki np. materiał biologiczny z plastikiem. W ten sposób tworzy nieistniejące w naturze mutacje np. błękitne drzewa (malowane uschnięte drzewa), instalacje z pokrytych akrylem ziemniaków, efemeryczne rzeźby składające się z gipsu, farby i ciała. Od kilkunastu lat Marek Sułek realizuje projekty przestrzenne w Warszawie oraz różnych miejscach Europy i Stanach Zjednoczonych (m.in. Amsterdam, Bruksela, Berlin, Nowy Jork, Hanower, Antwerpia, Haga, Kraków, Gdańsk).

Więcej: mareksulek.pl



poniedziałek, 24 października 2011
ART Talk to teoretyczne uzupełnienie wycieczek ART WALK. Tutaj będziemy prezentować artystów działających na warszawskiej Pradze, których można poznać podczas artystycznych wycieczek organizowanych przez WarsOFF.